Rano w końcu zobaczyliśmy słońce (:))) i zrobiło się cieplej. Pojechaliśmy autobusem do wg opisów małej miejscowości rybackiej, gdzie ludzie żyją z rybołówstwa i mieszkają na pływających domach. Kutry były (ok. 4500 szt.), rybacy byli, a obok 60 piętrowe wieżowce. Po wiosce ani śladu. Zwiedziliśmy wielki targ rybny z ogromną ilością różnych ryb, skorupiaków, homarów, krewetek i innych licznych nierozpoznanych, przez nas, owoców morza. Daliśmy odpór wszelkiego rodzaju naganiaczom, którzy proponowali, za kasę, przejażdżkę po porcie i obejrzeliśmy to samo płynąc darmowym promem do ogromnej pływającej restauracji. Tam wypiliśmy lampkę winka i dobre, japońskie(?!) piwo. Szkoda że nie byliśmy głodni bo serwowane tam dania (głównie ryby i owoce morza) wyglądały smakowicie i były w dość przystępnych cenach. Powrót na ląd również darmowy. Wróciliśmy do centrum. Trafiliśmy na targ w mieście. Tym razem wszystkiego - mięsa, owoców, warzyw, ryb i owoców morza. Postanowiliśmy pojechać kolejką na Victoria Peak. Jest to najwyżej położony punkt widokowy Hong Kongu. Niestety kolejka była na min. 2 godz. czekania. To jednak sobota. Wyczailiśmy jednak, że na górę można się dostać także autobusem. Odnalezienie go i wyjazd na górę zajęło nam tylko 1 godz. - tak, że się opłacało. Dodatkowo mieliśmy niesamowite widoki podczas podjeżdżania – autobus był piętrowy, a droga kręta i przepaścista jak w wysokich górach. Widok z platformy widokowej był niesamowity. Las wieżowców w połączeniu z wodami zatoki.. Wyrastają one z każdego wolnego miejsca – na płaskim terenie, a także na zboczach wzgórz. Niektóre zaczynały być oświetlane promieniami zachodzącego słońca. Po uczcie wzrokowej, biorąc pod uwagę ogromną kolejkę do powrotnego zjazdu, postanowiliśmy zejść z góry pieszo. Z góry prowadziła betonowa bardzo stroma ścieżka. „Już” po ok. 45 min byliśmy na dole. Metrem, lekko skonani, pojechaliśmy do hostelu. Jutro raniutko jedziemy na lotnisko i wylatujemy do Manili. Tam czekamy ok. 5 godz. i lecimy do Puerto Princesy na wyspie Palawan.